Tytuł ten zrodził się zainspirowany nickiem jednego z moich stałych czytelników. Bo o to właśnie w tym wszystkim chodzi – o bunt pradziadków i dziadków i babć, a także o bunt tatusiów i mamuś. To jest w tym wszystkim najważniejsze. Już tłumaczę o co mi chodzi.

 

Cały ideowy przekaz, ideowy, bo nawet nie medialny, chodzi mi bowiem także o książki, filmy, programy telewizyjne i teatr jest dziś nastawiony na młodego odbiorcę. Nie wiem czy jest to wynikiem mody, zidiocenia, jakiegoś przymusu czy czegoś jeszcze innego. Tak jednak jest, wszelkie komunikaty adresowane są do ludzi młodych. Także okładki Newsweek’a i Polityki. A także wstępniaki i reportaże GW. Producenci tego wszystkiego liczą na młodego odbiorcę i postrzegają każdy wchodzący w dorosłość rocznik, jak owce do strzyżenia. Oto kolejna partia nadchodzi, ich głowy pełne są pustki, którą czymś trzeba wypełnić, a ich kieszenie pełne są forsy otrzymanej od rodziców. Ich kroki kierują się w stronę kin, klubów i koncertów, bo tam podawana jest forma, którą oni stymulują swoje emocje. Do formy dodaje się jakieś miałkie, nie kompatybilne z okolicznościami treści, aby nie być posądzonym o intelektualną płyciznę, na przykład – precz z faszyzmem! I jakoś leci. Leci? A gdzie tam! Leciało, a nie leci. Leci, jak krew z nosa. Dlaczego? Dlatego, że wchodzące co roku w dorosłość dzieci są coraz trudniejsze do manipulowania, coraz silniejsze bodźce są im potrzebne, a to dlatego, że w ich głowach i żyłach jest coraz bardziej pusto. Kręgosłupy zaś są już tak plastyczne, że nie ma mowy o tym, by wywołać w tych dzieciach bunt, choćby tylko bunt przeciwko babci i ciepłym rękawiczkom. A bunt wywoływać trzeba, bo to energia buntu napędza ten opisywany wyżej handelek.

 

Od czasów kiedy Salvador Dali został milionerem bunty są stymulowane przez handlarzy. Bunty artystyczne, jako zbyt egalitarne zostały szybko wyparte przez bunty pokoleniowe. Młodzi buntowali się przeciwko starym, a polegało to na tym, że kupowali inne ciuchy niż ich rodzice i wydawali kieszonkowe na tak zwane przyjemności, czyli inaczej mówiąc chlali po bramach. W buntach tych na pewno maczali swoje brudne paluchy tajniacy, ale twardych dowodów na to mieć nie będziemy nigdy. Prócz celów sprzedażowych bunty młodych miały także za zadanie podzielić ludzi. Miały za cel wmówić im, że najgorszym wrogiem jest ojciec i matka. Czasami rzeczywiście tak było, ale wynikało to ze smutnych cech charakteru pojedynczych ludzi lub z tego po prostu, że ludzie nie komunikowali się ze sobą lub robili to w sposób niegodny. Niegodny czyli pozbawiony szacunku dla drugiej osoby. Były to jednak wyjątki, a bunt obejmował masy, taka była jego natura i funkcja. Miał przecież przynieść zyski, miał zapewnić dostatnie życie tysiącom producentów, pośredników i oszustów, a także artystom, pisarzom i politykom, którzy na buncie żerowali. Bunt nakręcał koniunkturę i ta koniunktura trwała przez lata, dopóki nie zaczęło się usamodzielniać kolejne pokolenie.

 

Produktem ubocznym buntu byli ludzie starsi. Zgredy, tetrycy, jak zwał tak zwał. Nie mieli oni i nie mają prawa głosu według technologów buntu, nie mają go bo ich nie da się naciągnąć na jakieś głupstwa, nie da im się wyczyścić kieszeni za pomocą szwindli, trzeba to robić przy współudziale urzędnika ze skarbówki, a ten liczy sobie dniówkę. Tak więc lepiej tych zgredów marginalizować. Z czasem okazuje się jednak, że na marginesie, na tym wąskim pasku oddzielonym cienką, czerwoną linią tłoczy się tłum. Są tam emeryci, renciści, samotne matki z dorastającymi dziećmi, babcie, wdowcy bez perspektyw, bezrobotni nudziarze z pryszczami na nosie i emerytowani profesorowie politechniki. Wszyscy ci ludzie myślą, czytają, rozmawiają i kupują. Od młodych zbuntowanych różni ich jednak to, że oni kupują ostrożniej, czytają uważniej, rozmawiają ciszej, myślą głębiej. I to oni właśnie, a nie młodzi zostali zepchnięci na margines. To dla nich świat dzisiejszy nie ma żadnej oferty. To oni muszą wysłuchiwać w telewizji, że są Polską B, że są ciemnogrodem, że chcą Polski ksenofobicznej i nienowoczesnej. Mówi to do nich człowiek wyglądający, jak więzienny dozorca we Wronkach, któremu z powodu patologicznego sadyzmu kierownik bez przerwy przyznaje nagrody pieniężne. Oni muszą tego słuchać, bo nie ma dla nich alternatywy, nie ma dla nich oferty, a jeśli już okaże się, że radzą sobie z Internetem i technologią nie gorzej niż młodzi, mogą co najwyżej usłyszeć – O! doprawdy? A to niespodzianka.

 

Wszyscy ci ludzie czekaliby spokojnie na nieuchronne i mozolili się ze swoją codziennością, gdyby ci, którzy kierują tym całym handlem nie zapominali się czasem i nie próbowali robić z nich durniów. A tak właśnie dzieje się teraz. I wierzcie mi, że nie chodzi w tym wszystkim wyłącznie o Jarosława Kaczyńskiego, o Polskę i przyszłość. Chodzi o godność i o to, że człowiek żyje dziś znacznie dłużej niż dawniej i nawet jeśli jest pradziadkiem, to ma jeszcze plany na przyszłość i chce by te plany uwzględniać i nie lekceważyć go. Margines jest przepełniony, a nadchodzące wybory to bunt, tyle że nie bunt sterowany i wymyślony w działach marketingu wielkich korporacji. To bunt prawdziwy. I teraz to właśnie Ci wszyscy ludzie zepchnięci za cienką linię marginesu będą decydować co kupią, kiedy, od kogo i za ile.