Blog
gabriel maciejewski baśń jak n
coryllus
coryllus "dla sławy, dla zysku czasem"
419 obserwujących 2903 notki 12037306 odsłon
coryllus, 13 maja 2012 r.

O wodzeniu ludu na barykady

 Blogosfera eksploatuje, podrzucony tu najprawdopodobniej przez kogoś, konflikt dający się streścić w starym, wymyślonym jeszcze gdzieś w zakamarkach austriackiego kontrwywiadu, sloganie – bić się czy nie bić.

Śmieć ten opakowany jest w bardzo kolorowy papierek na którym ktoś pracowicie wypisał wszystkie różnice pomiędzy prawicą a lewicą. Zapomniał tylko dodać, że chodziło mu o stulecie XIX a nie obecne.

Mówiąc bez metafor – dwa obecnie najważniejsze obszary dyskusji politycznej są ze swej istoty fikcyjne. I jak każda fikcja zwalniają do obowiązku myślenia oraz zastanawiania się naprawdę nad tym co robić, jak robić i jakie są okoliczności brzegowe. Animatorzy dyskusji barykadowej i lewicowo-prawicowej czuję się w swoich rolach świetnie, bo albo ze szczętem już zgłupieli, albo ktoś ich przekonał, że tak właśnie trzeba. Myślę, że nie pieniędzmi bynajmniej, ale dobrym słowem i równie fikcyjnym co owe dyskusje wyróżnieniem, jakimś takim mianowaniem na intelektualistę.

Zacznijmy do bicia się na barykadach z silniejszym i lepiej uzbrojonym przeciwnikiem. Wszyscy doskonale wiedzą, że nie istnieje coś takiego jak kryterium uliczne. Ludzie na ulicę wychodzą wtedy kiedy są dobrze zorganizowani i przygotowani, oraz wtedy kiedy mają wyraźnie obiecają bezkarność i udział w łupach, które na ulicy będą zdobywać dla swojego patrona.

Za rewolucjami ulicznymi stoją albo wywiady państw obcych, albo tajne organizacje, albo własny rząd, któremu potrzebne jest oczyszczenie krwi. I tak jest zawsze. Podkreślam – zawsze. Można się więc dać oszukać i udawać, że oto ruszamy z posad bryłę świata, albo zastanowić się nad czymś innym. Jakąś inną formą działalności społecznej, a jeśli ktoś lubi to politycznej. I tu mamy problem. Z organizacjami z reguły jest tak, że one muszą mieć jakiś cel wymierny i łatwy do osiągnięcia, a poza tym muszą dawać możliwość łatwej kariery najgłupszym i najbardziej agresywnym członkom. Stąd każda organizacja zaczyna swoją działalność opowieścią o przyszłości, zwycięstwie, walce i takich tam dyrdymałach, które oznaczają jedynie to, że wszyscy będą siedzieć na zebraniach, ziewać, pierdzieć w stołki i opowiadać sobie wczoraj obejrzane filmy oraz streszczać mądre książki, które przeczytali i które im imponują. No i oczywiście będą czekać na coś lub kogoś kto ruszy z posad tę bryłę świata i wciągnie ich do jakichś głębszych struktur czyli da motywację do działania lub pieniądze. To są tak zwane organizacje „oddolne”.

Są jeszcze inne – odgórne. Rozmaite fundacje i instytuty oparte o wolontariat i dobrowolne składki oraz znane nam wszystkim związki zawodowe. Każdy członek organizacji „oddolnej” marzy o tym, by stać się członkiem organizacji „odgórnej”, bo dobrze wie, że w strukturach sprofilowanych i zaprogramowanych na osiągnięcie szybkiego sukcesu nic takiego jak tenże sukces nie nastąpi. Istotną bowiem funkcją organizacji oddolnej jest jej jak najszybsze podłączenie do jakiejś innej struktury mającej budżet i kierowanej przez kogoś „z pomysłem”.

Organizacja musi mieć lidera, a ten lider musi mieć cojones czyli jaja jak się mówi u nas w Polsce i to jest warunek powodzenia organizacji oraz jej wiarygodności. Jaja właśnie. Wszyscy o tych jajach gadają, jeden przez drugiego. Teraz człowiekiem z jajami jest przewodniczący Duda, o którym ktoś wczoraj u Nicka napisał, że w latach 80-tych najpierw był tokarzem w fabryce, a potem pojechał jako komandos na misję gdzieś do Syrii. Przygody te są właśnie oznaką tych tak zwanych jaj. I one w oczach wielu ludzi czynią przewodniczącego Dudę człowiekiem wiarygodnym i właściwym. Człowiekiem, który może postawić się Tuskowi i rozprawić się z tym całym rządem aferzystów.

W blogosferze głównym zajęciem „jastrzębi” wzywających lud na barykady jest właśnie szukanie ludzi z cojones, wręcz ich typowanie. Dyskusje toczą się właśnie wokół tego czy jeden pan z drugim ma cojones czy nie ma i jaki to będzie miało wpływ na politykę. I jakoś nikt nie zastanowi się nad tym, że jednymi póki co człowiekiem z cojones jest w Polsce Tadeusz Rydzyk. Jeszcze takiej frazy z niczyich ust nie usłyszałem. Bo to nie jest po prostu ta poetyka, a w sieci, w blogosferze mamy konflikt poetyk właśnie. I ci co wołają – cojones, cojones, nigdy nie zawołają – Rydzyk, Rydzyk, bo pochodzą po prostu z innej bajki. Oni zasypiając wyobrażają sobie jak pędza z mieczem na tłumy gorzej uzbrojonych i słabszych pod każdym względem wrogów, pierzchających przed nimi w popłochu. Oni wierzą w to, że można pokonać rząd przelewając cudzą krew na ulicach, wierzą w to, że ludzie zdesperowani miast milczeć i przeżywać swoje upokorzenie w samotności wyjdą na ulicę pełną prowokatorów i ruszą z kamieniami w rękach w kierunku siedziby Donalda Tuska. To są projekcje szkodliwe i po prostu zdradzieckie.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale